Po co Sherlockowi Watson?

  • Luty 9, 2019
myśl jak Sherloc

Poszukujesz sposobu na przełamanie myślowej rutyny w pracy? Często brakuje Ci spojrzenia na codzienne zadania z całkiem innej, świeżej perspektywy? Zapraszam na lekcję do najsłynniejszego detektywa, jakim jest Sherlock Holmes!

Wydawać by się mogło, że taki wielki umysł, jak Sherlock nie potrzebuje żadnego współpracownika. Przecież tak naprawdę, to on sam wpada na rozwiązanie zagadek kryminalnych, z którymi zgłaszają się do niego bezradni śmiertelnicy. Po co więc Sherlockowi Watson?

Każdy, kto czytał lub oglądał perypetie genialnego detektywa, mógł odnieść wrażenie, że Watson służy mu jedynie do pobłażliwego udowadniania popełnianych przez niego błędów. Nic bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że Sherlock po prostu potrzebuje Watsona by nie stracić ostrości myślenia, nie przytępić swojej doskonałej dedukcji. Aby zrozumieć, co to właściwie oznacza, musimy najpierw porozmawiać o naszym mózgu.

O nawykach myślenia

Nasz mózg myśli skrótami. Oczywiście tym stwierdzeniem nie odkrywam tu Ameryki, ale często sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Niestety trzeba przyznać, że mózg bywa leniwy i często upraszcza ogrom danych, które docierają do niego każdego dnia.  Oczywiście to działa również na naszą korzyść, gdyż kontemplacja każdej informacji by nas po prostu wykończyła. Gdzieś po drodze byśmy utknęli i nie byli w stanie wydać sensownego osądu.

Rzecz jasna, ciężko zmienić nasze myślenie z dnia na dzień. Zwłaszcza, że jesteśmy często naznaczeni swoimi przekonaniami, stereotypami lub po prostu nie mamy czasu na głębszą analizę sytuacji. Taka aktywność mózgu jest nazywana aktywnością bazową (jest to struktura połączeń mózgowych w zwykłym, pasywnym stanie) i właśnie ona jest odpowiedzialna za nasze “skrótowe” myślenie.  Z resztą w takiej właśnie aktywności nasz mózg jest przez większość czasu. Dlatego nawyki wydawania automatycznych osądów (oczywiście nam się wydaje, że wydajemy je świadomie) są niezwykle ciężkie do przełamania.

Załóżmy, że nie lubisz kolczykowania. No po prostu uważasz, że jest to profanacja ludzkiego ciała. Czy zatem, kiedy widzisz panią kosmetolog  z kolczykiem w nosie, to nie wydajesz osądu, że jest mniej kompetentna? Rzecz jasna, nie masz na to dowodów, ale tak prawdopodobnie podpowiada Twój mózg.

Holmes oczywiście nie podlega swojemu umysłowi i umie ominąć wszelkie myśli, które nasuwają mu się automatycznie. Na przestrzeni wielu lat przeprowadzono mnóstwo badań, które potwierdzają, że wydajemy osądy na podstawie kilku chwil, własnych uprzedzeń czy czegoś, co nam się w kimś nie spodoba. Dlatego też postać wybitnego detektywa jest tak fascynująca.

O emocjach

Niestety emocje są poważnym przeciwnikiem ostrej, jak brzytwa dedukcji i błyskotliwego myślenia. Dlatego Holmes po prostu odsuwa je na dalszy plan i nie rozważa danej sprawy przez ich pryzmat. Jak się okazuje, każdy wyjątek na rzecz emocji niweczy szybkie dojście do obiektywnych wniosków.  Kolejną przeszkodą jest również nasz aktualny nastrój. Im jesteśmy bardziej pozytywnie nastawieni, tym bardziej cierpi na tym nasza dedukcja.

Naukowo nazywa się to heurystyka afektu i jest to skłonność do podejmowania decyzji na bazie aktualnego stanu emocjonalnego. Kiedy jesteśmy radośni i w dobrym nastroju, to więcej akceptujemy i mamy mniejszą rezerwę w spojrzeniu na daną sprawę. Gdy nastrój jest kiepski, jesteśmy gorzej nastawieni, mniej zmotywowani i możemy łatwiej odpuszczać.

Gdyby tego było nam jeszcze mało, to za chwilę atakuje nas jeszcze heurystyka dostępności. Termin ten oznacza, że korzystamy z danych, które w każdej chwili możemy przywołać.  Ten proces w naszym mózgu może uruchomić dowolne słowo, obraz, osoba czy sytuacja. Moim ulubionym przykładem są imiona. Każdy z nas zna osobę, której nie lubi i nie może jej znieść. Oczywiście ta osoba ma imię. Czy nie jest tak, że już każda osoba o tym imieniu na dzień dobry ma u nas trochę mniejszą szansę na sympatię?

O potrzebie konfrontacji

Oczywiście zjawiska, które wyżej opisałam, to mały procent naszych problemów, które przeszkadzają w wyćwiczeniu chłodnej dedukcji.  Jednak myślę, że stanowią ważny punkt zaczepienia i świetny start rozważań nad nie ignorowaniem konieczności konfrontacji.

Tutaj dochodzę do wyjaśnienia dlaczego Holmes potrzebuje Watsona. Wydawać by się mogło, że często go nie słucha, a czasem nawet nie zauważa, kiedy poczciwy doktor wychodzi z pokoju. Jednakże mimo pobłażliwości dla ocen Watsona, Sherlock potrzebuje go do konfrontacji właśnie. To dzięki temu, że doktor poddaje się skrótowości myślenia swojego mózgu, Sherlock ciągle ćwiczy swoją dedukcję.

Holmes wie, że nauka nigdy się nie kończy i nie można osiadać na laurach. Dla niego jest to stawianie coraz to nowych wyzwań, a jego partner przypomina mu ciągle, by ćwiczyć umysł i nie dać mu podążać na skróty. Sam Watson mówi: “Niekiedy moje niezbyt szybkie procesy myślowe irytowały go, ale jednocześnie z tego powodu jego wyostrzona intuicja budziła się w nim z jeszcze większą mocą.”

Nawet banalne pytanie może zmusić nasz mózg do ponownej rewizji naszego poglądu na daną sprawę. Takie pytania stanowią pewien przymus dla umysłu, gdyż wtedy albo udowadniamy, że odpowiedź jest identycznie banalna, jak samo pytanie, albo wpadamy na inny tor myślenia i dochodzimy do jeszcze lepszej jakości wniosków.

Sherlock kwituje, to dość osobliwie: “Niektórzy ludzie sami pozbawieni geniuszu, posiadają niezwykłą moc budzenia go w innych. Chcę powiedzieć, drogi przyjacielu, że jestem ci bardzo zobowiązany.”

Jakkolwiek to zabrzmi, to Watson sprawia, że Sherlock może nieustannie usprawniać swoje myślenie oraz upewniać się, że jego umysł nie wybierze leniwej ścieżki. Często zdarza się tak, że gdzieś po drodze w samokształceniu uważamy, że wiemy już tak wiele, że czas odpocząć. Jest to najgorsza z możliwych dróg, bo właśnie wtedy przestajemy być uważni.

Jak to wykorzystać w pracy?

Lektura książki “Myśl jak Sherlock Holmes” to dla mnie pewne odświeżenie w postrzeganiu dedukcji w codziennej pracy. Zwłaszcza, że ostatnio przeczytałam post, gdzie wiele osób dyskutowało o tym, jak to nie lubią, gdy zatrudnia się osoby z małym lub średnim doświadczeniem, ponieważ zwyczajnie nie chce im się ich wprowadzać. Cóż, gdyby na świecie istnieli sami specjaliści, to chyba bylibyśmy wszyscy bogaci.

Na pewno wiele osób w trakcie pracy zawodowej było w podobnej sytuacji, kiedy musiało wdrożyć kogoś w dany projekt czy zakres obowiązków. Nie ma co ukrywać, często zdarza się, że są to osoby mniej od nas biegłe w tym temacie.  Warto przyjąć jednak wdrażanie takiej osoby, jako naukę dla siebie. Kiedy pytania wydają nam się mocno banalne, ale jednak zastanowimy się ponownie nad zagadnieniem, to może okazać się, że wymyślimy jeszcze lepszy sposób działania.

Zwłaszcza, że wykonując swoje obowiązki automatycznie, często nie zastanawiamy się już nad zasadnością danego kroku. Wtedy zwykłe pytanie “po co” lub “dlaczego” wymusza refleksję nad chociażby optymalizacją danego etapu pracy. Warto zatem postąpić jak Sherlock i kiedy ktoś zapyta o zasadność działań, a Ty, kontrolując umysł i nie dasz się stereotypowi “świeżaka w pracy”, tylko zrewidujesz pogląd, to może okazać się, że ścieżka, jaką podąży Twój mózg będzie bardziej interesująca niż Ci się wydaje.

Do napisania tekstu zainspirowała mnie książka “Myśl jak Sherlock Holmes” autorstwa Marii Konnikovej. Wszystkie użyte wyżej cytaty właśnie z niej pochodzą.

Choć książka nie traktuje bezpośrednio o marketingu, to moim zdaniem jest kopalnią wiedzy na temat dedukcji i siły umysłu. Konnikova na przykładzie Sherlocka i Watsona prezentuje dwa sposoby myślenia i okraszając opowieść perypetiami bohaterów, sprawnie tłumaczy zagadnienia dotyczące procesów myślowych.  Dla mnie książka okazała się wielką pomocą w spojrzeniu na zadania, które wykonuję od dawna. Czasem naprawdę warto wrócić do podstaw. W dodatku, zagłębiając się w codzienne wyzwania, często okazuje się, że trudny problem wcale nie musi mieć trudnego rozwiązania. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy potrzebują spojrzenia na sprawy zawodowe z dystansu.

 

Brak komentarzy

Skomentuj